Aby poczuć i usłyszeć swój prawdziwy głos, trzeba zejść w głąb, tam, gdzie on się zaczyna.
Gdzie jest jego jądro i istota.
Dokopać się do sedna dźwięku.
Zrobić 3 kroki w tył.
Zwolnić.
Ściszyć.
Naprawdę uważnie posłuchać.
Obrać go z warstw wyobrażeń i oczekiwań.
Porzucić to, co już „wiem” i „umiem” na rzecz doświadczenia tego, co się stanie, gdy przestanę wszystko kontrolować.
Zdobyć się na odwagę zaobserwowania, gdzie i w jaki sposób rodzi się głos, kiedy nie przeszkadzam.
Może na początek wystarczy – próbuję nie przeszkadzać, bo przeszkadzanie naturze jest tak głęboko wdrukowane w człowieka XXI wieku, że porzucenie tego stylu – to proces.
To miejsce, to malutki punkt na mapie mojego ciała i duszy. Często na co dzień ukryty nawet dla mnie, bo w pędzie szczegóły mają tendencje do umykania.
Ja będę go niestrudzenie poszukiwać na nowo, kiedy się zgubi, bo już wiem, jak tam jest bezpiecznie i mojo. MOJO.
