Odebrawszy klasyczne muzyczne wykształcenie – nie wierzyłam, że w ogóle istnieje coś takiego, jak prawo do błędu.
Długo żyłam w przekonaniu, że wyłącznym celem, od którego nie ma odstępstw, jest śpiewanie DOSKONAŁE – czymkolwiek by nie było. Dlatego każdy błąd, wywołujący skrzywienie na twarzy nauczyciela (w której przez lata szukałam aprobaty) automatycznie przypominał mi, że jestem „nie taka jak trzeba”.
Że być może nie nadaje się do śpiewania. Że być może, skoro popełniam błędy, to w ogóle nie mam prawa nic swoim głosem proponować.
Cóż, perspektywa raczej przerażająca. Co zatem należy wtedy zrobić, żeby przetrwać?*
(* tego robić oczywiście NIE należy, ale dokładnie to zrobiłam)
Oczywiście, trzeba zbudować sobie zbroję. Zawziąć się. Ćwiczyć więcej i skupiać się na udowadnianiu, że potrafię. Zbudować sobie taką „technikę” która mimo ewidentnie istniejących ograniczeń w ciele pozwoli zbliżać się do stawianych głosowi wymagań. Tu rozszerzę, tam zwężę, tam zrobię „bardziej”, tu napnę, tam przycisnę, użyję tamtego mięśnia – i wtedy już na pewno się uda. Wszystko jest przecież kwestią treningu, więc wystarczy morderczo trenować więcej, nieprawdaż?
Będzie brzmiało, tak jak „ma brzmieć”. Będzie głośno, będzie dużo, będzie wysoko. Tak, jak się tego ode mnie oczekuje. Wreszcie będę wystarczająca!
Dupa tam, oczywiście.
Nigdy mi się to nie udało, bo przyszedł dzień, kiedy ta misternie układana konstrukcja, budowana grzecznie i pilnie przez dobrą uczennicę, którą byłam, oparta na kompensacjach i zupełnie przedmiotowym traktowaniu siebie – bez ostrzeżenia zwaliła mi się boleśnie na łeb. A o radości śpiewania można było jedynie pomarzyć.
Stanęłam przed wyborem – zamilknąć albo zacząć od początku i wejść w nowy paradygmat.
Nie wiem, skąd wzięłam na to siłę, ale zdecydowałam się na to drugie. Wypełzłam z tego mojego rumowiska i spróbowałam inaczej. Pomogli mi wspaniali, mądrzy ludzie, którzy uwierzyli we mnie wtedy, kiedy było ze mną najgorzej, a ja sama nie wierzyłam w swój głos już wcale.
I chciałam Wam dziś powiedzieć, że kwestią, którą potrzebowałam przyswoić najpilniej, było prawo do błędu. Trzeba było nareszcie dać je sobie samej. Trzeba było przywitać błąd z otwartymi ramionami, jako nauczyciela, którym jest – zamiast traktować jak wroga, przed którym trzeba się zamknąć na cztery spusty, zanim w ogóle się pojawi na horyzoncie. Takie nieustanne tropienie i unikanie błędów za wszelką cenę jest zajęciem wyczerpującym i niechybnie prowadzi do ogromnego wypalenia.
Oczywiście, opór był ogromny. Nawet dziś, kilka lat później, są chwile, kiedy nie czuję do końca tej koncepcji i jestem z powrotem dla siebie bezlitosna. Widzę jednak, że rezygnacja ze strachu przed popełnieniem błędu sprawia, że z czasem popełnia sie ich coraz mniej – bowiem w głosie nieskrępowanym lękiem słychać coraz więcej piękna prawdziwego brzmienia. Nie chcę już schodzić z tej ścieżki NIGDY!
